wtorek, 19 sierpnia 2014

Rozdział 12: Dimidium ad mortem.

,,Śmierć nie czyni Cię smutnym- czyni Cię pustym. To właśnie jest w niej złe. Wszystkie twoje zaklęcia i nadzieje i śmieszne nawyki znikają pędem w wielkiej, czarnej dziurze i nagle zdajesz sobie sprawę, że odeszły, bo równie nieoczekiwanie, niczego już nie ma w środku."

Jonathan Carroll- Kości Księżyca

*****

Po lekcjach Harry, Ron i Hermiona szli do Pokoju Życzeń, w którym umówili się z Aśką.
Weszli do pokoju, którego ściany wyglądały jak niebo nocą. Podłoga była wyłożona ciemnymi panelami. Na środku, koło myślodlewni stała Aśka. Najdziwniejsze było to, że nie miała już brązowych włosów i oczu. W złotych tęczówkach można było dostrzec ból i jakby... radość? Złoto- srebrne włosy opadały jej luźno z głowy, aż do kolan. Miała na sobie białą sukienkę,- która była pięć centymetrów krótsza od włosów-  i dzięki temu wyglądała jak anioł.
-Jesteś pewny Harry, że chcesz żebym to pokazała?- zapytała, gdy już stali nad kamienną misą
-Tak.- powiedział stanowczo
-Dobrze. Rzuciłam na wspomnienie zaklęcie, dzięki któremu będziecie rozumieli co mówimy.
-Dlaczego?- zapytał Ron
-Bo jestem Polką i mówię po polsku. Tak samo jak moi przyjaciele. A z tego co wiem nie znacie polskiego, prawda?
Zawstydzony Ron spuścił głowę.
-Pójdę tam z wami. W razie czego będę wam tłumaczyć niektóre zdarzenia. Gotowi?
Wszyscy pokiwali głowami.
-To w drogę.
***
Znaleźli się na leśnej drodze. Szło nią oprócz nich siedem osób.
Hermiona znała ich z wcześniejszych wspomnień Aśki. Śmiali się w najlepsze.
-Ten pierwszy chłopak po lewej to Tomek, później Michał- mój kuzyn, następnie Oliwia, ja, Magda, Marcin, i Sławek.- powiedziała z pustką w oczach Aśka
-Marcin i Magda to rodzeństwo?- zapytała Hermiona
-Tak. Bliźniaki.
-Nie masz wtedy jeszcze pasemka.- powiedział Ron
-Tak. To wspomnienie z przed dwóch lat. Z dnia, w którym odbywało się trzecie zadanie Turnieju Trójmagicznego. Wtedy moje życie zawaliło się po raz drugi.- odpowiedziała Aśka z pustką w oczach i ze spokojnym wyrazem twarzy
-Chodźmy.
Gdy zrównali się z siódemką czternastolatków, usłyszeli rozmowę:
-Co robiłaś przez południe?- zapytał młodszą Aśkę szarooki chłopak imieniem Tomek
-Powiedzmy, że udoskonalałam labirynt z Oliwią.
-Co wyście znowu wymyśliły?- zapytał Sławek
-Ja wyczarowałam sfinksa, a Oliwia dorzuciła od siebie zatrzymującą mgłę.
-Oprócz tego są jeszcze inne przeszkody. Na przykład bogin, albo magiczne sidła.- powiedziała Oliwia
-Ty wymyślałaś zagadkę, czy sfinks ma radzić sobie sam?- zapytał Michał
-A niech radzi sobie sam. Zużyłam mnóstwo mocy na wyczarowywanie go.- odpowiedziała czternastoletnia Aśka
-Co się z nim później stanie?- zapytała niebieskooka Magda
-A bo ja wiem? Dambledor coś wymyśli.- młodsza Aśka wzruszyła ramionami
-Jestem ciekaw kto wygra. Jak myślicie?- odezwał się Marcin
-Obstawiałabym Pottera, ale ten Diggory też daje radę.- powiedziała Oliwia
-Masz rację, nie wolno go lekceważyć.- poparł przyjaciółkę Michał
-Co ty taka zadumana?- zapytał Aśkę Sławek
-Może to dziwne, ale gdy byłyśmy dzisiaj w Hogwarcie, to czułam, że coś jest nie tak. Jakby nie wszyscy byli na swoich miejscach i miałam wrażenie, że ktoś tam obecny nie miał dobrych zamiarów.- westchnęła- Tak wiem to głupie.
-Wcale nie. Twoje przeczucia już nie raz się sprawdzały. Nie pamiętasz?- pocieszał Aśkę Sławek
-Może i tak, ale nawet gdyby to jest tam Dambledor, prawda?
-Tak. Nie martw się już.
Złota Trójka Hogwartu i Aśka trochę się oddalili od pozostałej siódemki.
-Czy wy mówiliście o Turnieju?- nie dowierzał Harry
-A o czym innym?
-To ty wyczarowałaś sfinksa?
-No pewnie, że ja. Chodźmy.
Doszli do asfaltowej drogi,a niedaleko zaczynały się zabudowania.
-To co, wy idziecie po tekst i spotykamy się u Sławka?- zapytała Oliwia
-A wasze części zwrotek?- zwróciła się do Oliwi i Aśki Magda
-Mamy je przy sobie.
Po tych słowach przyjaciele rozeszli się.
-A my gdzie mamy iść?- zapytał Ron
-Za mną, Oliwią i Sławkiem.
Weszli do jednego z domów, stojących przy drodze.
-Napisałaś już melodię?- zwrócił się do młodszej Aśki, Sławek 
-Pewnie, że tak.
-Ej, zobaczcie.- powiedziała Oliwia stojąca przy oknie
-Zaczęło się.- wyszeptała szesnastoletnia Aśka
Z lasu wyleciały chyba wszystkie ptaki. Po chwili zaczęły z niego wybiegać zwierzęta.
-Co się dzieje?- zapytał cicho Sławek
-Musimy to sprawdzić. Oliwio, powiedz reszcie co się dzieje. Sławek, my pójdziemy do lasu.- powiedziała młodsza Aśka i wybiegła ze Sławkiem z domu
Obraz rozmył się, a gdy na powrót nabrał ostrości czwórka przyjaciół znalazła się w lesie.
-Nie było sensu, żebyśmy tyle biegli, więc przyśpieszyłam trochę wspomnienie.- wyjaśniła Aśka
Niedaleko zobaczyli młodszą Aśkę i Sławka, ukrywających się za drzewami.
Podeszli tam, a ich oczom ukazał się dziwny widok.
Przy ziemi unosiła się lekka mgła, kilkaset metrów dalej majaczył zarys małego kościoła, przed którym rozciągał się olbrzymi cmentarz, po lewej stronie wznosiło się wzgórze, na którym stał ogromny, stary dom.
-Co to jest?- zapytał Sławek
-Nie mam pojęcia. Wcześniej tu tego nie było.
-Mi to wygląda na stary cmentarz, na którym został pochowany Tom Riddle.
-Mi też się tak wydaje, ale po pierwsze: tamten został już dawno zniszczony przez aurorów, a po drugie: co on miałby tu robić?
-Nie wiem. Zaraz. Czy to nie Glizdogon?
-Tak. Ale co ten parszywy szczur tu robi?
Złota Trójka Hogwartu podeszła bliżej. Faktycznie zobaczyli tam zdradzieckiego Huncwota.
Gdy Peter odszedł, na "cmentarzu" zabłysło jasne światło i dwie osoby, oraz świecący puchar, pojawili się znikąd.
Byli to Harry i Cedrik.
-Puchar turnieju...- wyszeptała młodsza Aśka
Od strony fałszywego cmentarza dało się usłyszeć głos Harrego:
-Gdzie my jesteśmy?
Cedrik potrząsnął głową. Pomógł Harremu wstać i oboje rozejrzeli się dookoła.Cedrik spojrzał na Puchar Trzech Czarodziejów i potem na Harrego.
-Czy ktoś ci powiedział, że puchar jest świstoklikiem?- zapytał
-Nie - odparł Harry. Rozglądał się po cmentarzu- Czy to ma być część zadania?  
-Nie wiem - powiedział wolno Cedrik. W jego głosie można było usłyszeć wyraźne napięcie - Może wyjmiemy różdżki, jak sądzisz?
-Taak - zgodził się Harry
Wyjęli różdżki. Harry ciągle zerkał na prawo i lewo.
-Ktoś idzie - powiedział nagle 
Wszyscy wytężyli wzrok, by zobaczyć postać, podchodzącą coraz bliżej, omijającą "groby". Nie dało się dostrzec wyraźnie twarzy, jednak dwie osoby doskonale wiedziały kto to. Byli to starsi Harry i Aśka.
Postać trzymała coś w rękach, była niska i miała narzuconą na siebie czarną pelerynę, której kaptur zakrywał twarz. A kiedy postać podeszła kilka kroków bliżej, zobaczyli, że rzecz trzymana przez człowieka w ramionach przypomina dziecko... a może to tylko kłębek lin?
Harry lekko opuścił różdżkę i zerknął na Cedrika. Ten posłał mu zaskoczone spojrzenie. Oboje odwrócili się, by dalej przyglądać się podchodzącej postaci. 
Zatrzymała się ona obok wysokiego, marmurowego nagrobka, jedynie sześć stóp od nich. Przez chwilę Harry, Cedrik i niska osoba patrzyli sobie w oczy. 
Nagle Harry krzyknął z bólu, a kiedy podniósł dłonie do twarzy, różdżka wypadła mu się z ręki; kolana same się zgięły.
Z małego zawiniątka doszedł wszystkich wysoki, zimny głos:
-Zabij towarzysza.      
Krótki świst i skrzeczący głos drugiej osoby rozległ się na ciemnym cmentarzu:
-Avada Kedavra!
Wiązka zielonego światła przemknęła przed oczami Harrego, a po chwili coś ciężkiego upadło na ziemię obok. Czarnowłosy otworzył oczy. Cedrik leżał jak długi na trawie. Już nie żył.
Przez sekundę, która trwała wieczność, Harry gapił się na twarz Cedrika, jego otwarte, szare oczy, puste i nic nie wyrażające, zupełnie jak okna starego, opuszczonego domu i jego półotwarte usta, nadające jego twarzy zaskoczony wyraz. Dziwna postać postawiła Harrego na nogi.
Niski mężczyzna w pelerynie położył zawiniątko na ziemi, zapalił różdżkę i przyciągnął Harrego do marmurowego nagrobka.
W słabym świetle różdżki uczniowie Hogwartu, młodsza Aśka i Sławek zobaczyli napis na płycie nagrobka:
Tom Riddle
Teraz człowiek w pelerynie mocno przywiązywał szyję Harrego do jego kostek i do nagrobka. Harry słyszał szybki, płytki oddech spod kaptura; spróbował się uwolnić i wtedy człowiek go uderzył - uderzył ręką z brakującym palcem. Wówczas Harry ze wspomnienia zdał sobie sprawę, kto jest pod tym kapturem. Był to Glizdogon.
-To ty! - wydusił 

Ale Glizdogon, który skończył już go wiązać, nie odpowiedział; zajął się sprawdzaniem, czy więzy są dostatecznie ciasne; ręce mu drżały. Kiedy wreszcie upewnił się, że Harry jest tak mocno przywiązany do nagrobka, że nie może ruszyć się nawet o cal, Glizdogon wyciągnął z kieszeni peleryny kawałek czarnego materiału i bez ceriegieli wsadził go do ust Harrego; potem, bez słowa, odwrócił się od niego i odszedł szybkim krokiem. Harry nie mógł wydać z siebie żadnego dźwięku, nie mógł też zobaczyć, dokąd poszedł Glizdogon; nie był stanie odwrócić głowy, by zerknąć za nagrobek; mógł patrzeć jedynie prosto przed siebie.
Ciało Cedrika leżało około 20 stóp od niego. Trochę dalej lśnił w świetle gwiazd Puchar Trójmagiczny. Różdżka Harrego leżała przy jego nodze. Zawiniątko z lin, o którym myśleli, że jest dzieckiem, było również niedaleko, u stóp nagrobka. Wydawało się poruszać.
Nagrobek, do którego Harry był przywiązany, okrążał gigantyczny wąż. Szybkie, świszczące oddechy Glizdogona stawały się coraz głośniejsze. 
-Musimy kogoś powiadomić o tym co się tu dzieje.- wyszeptał do Aśki Sławek
-Zaczekaj.- dziewczyna złapała go za rękę- Poczekajmy jeszcze chwilę. Oliwia na pewno trafi tu z resztą.
Wszyscy zobaczyli jak Glizdogon pcha kamienny kociołek do stóp nagrobka. Był on wypełniony czymś, co przypominało wodę i był większy, niż jakikolwiek inny kociołek, którego używali w swoim życiu; olbrzymi, kamienny gar, w którym mógłby usiąść nawet dorosły mężczyzna.
To coś we wnętrzu zawiniątka poruszało się teraz znacznie gwałtowniej, jakby próbowało się uwolnić. Glizdogon zajął się zapalaniem ognia pod olbrzymim kociołkiem; machnięciem różdżki wywołał skrzeczące płomienie. Gigantyczny wąż odpełzł w ciemność.
Płyn w kociołku zdawał się intensywnie wrzeć. Powierzchnia nie tylko bulgotała, ale również wysyłała w powietrze wściekle czerwone iskry, zupełnie jakby sama się paliła. Ruchy stworzenia w zawiniątku stały się jakby bardziej zdecydowane. Wtedy znowu usłyszeli zimny, wysoki głos:
-Pośpiesz się!
Teraz cała powierzchnia wody w kociołku błyszczała. Być może była nawet pokryta diamentami.
-Jest gotowe, panie
-Już czas - powiedział zimny głos 

Glizdogon otworzył zawiniątko na ziemi, odsłaniające to, co w nim siedziało. Dziewczyny zakryły sobie usta dłonią, a Sławek i Ron odwrócili głowy. Natomiast starszy Harry zamknął oczy.
To było tak, jakby Glizdogon przewrócił się o kamień, odsłaniając coś obrzydliwego i śliskiego - ale to było gorsze, setki razy gorsze. To coś, co trzymał Glizdogon miało kształt skurczonego ludzkiego dziecka, oprócz tego, że jeszcze nigdy nie widzieli niczego mniej przypominającego dziecko. Było łyse, jakby pokryte nagą, ciemną, czerwono-czarną łuską. Nogi i ramiona były cienkie i słabe, a twarz - żadne dziecko nigdy nie miało takiej twarzy - była płaska jak głowa węża, z błyszczącymi, czerwonymi oczami.
Wydawało się prawie bezradne; wyciągnęło cienkie ramiona, objęło nimi szyję Glizdogona i Glizdogon je podniósł.
Kaptur opadł mu z głowy, odsłaniając płaską, szczurowatą twarz.
Glizdogon opuścił stworzenie do środka; rozległ się syk i zniknęło ono pod powierzchnią; usłyszeli, jak zdeformowane ciało miękko uderza o dno kociołka.
Glizdogon coś mówił. Jego głos drżał, wydawał się być przerażonym ponad swoje siły. Podniósł różdżkę, zamknął oczy i przemówił w noc - Kości ojca, bez wiedzy oddane, odnówcie swojego syna!
Powierzchnia grobu, do którego Harry był przywiązany, zadrżała. Z przerażeniem patrzył, jak spory kawał ziemi unosi się w powietrze i, zgodnie z komendą Glizdogona, wpada do kociołka. Diamentowa powierzchnia wody załamała się i zasyczała; we wszystkich kierunkach wysłała iskry i zmieniła kolor na ostry, wściekły niebieski.
Glizdogon jęknął. Spod szaty wyciągnął długi, cienki, lśniący, jakby był zrobiony ze srerbra, sztylet. Jego głos zmienił się w łamiący się szloch - Ciało... sługi... z chę-chęcią oddane... wskrzesisz... swojego pana.
Wyciągnął przed sobą rękę - tę z brakującym palcem. Mocno ścisnął sztylet w drugiej dłoni i podniósł go do góry.

Wszyscy, oprócz starszej Aśki, która patrzyła na wszystko z zaciętym wyrazem twarzy, zamknęli oczy, zdając sobie sprawę z tego co zdradziecki Huncwot chce zrobić.
Usłyszeli, jak coś upada na ziemię, słyszeli urywany, pełen cierpienia oddech Glizdogona, a potem lekki plusk, kiedy coś wpadło do kociołka.
Eliksir zmienił kolor na wściekłą czerwień, której blask dochodził nawet przez zamknięte powieki... 
Teraz Glizdogon dyszał i jęczał z bólu.
Podszedł do Harrego i powiedział:
-Krew wroga... siłą zabrana... obudzisz... swojego pogromcę. 
Harry mocniej przyległ do nagrobka, ale ostrze sztyletu i tak rozcięło skórę jego prawego ramienia. 
Glizdogon, ciągle dysząc z bólu, wyciągnął z kieszeni szklaną kolbę i podstawił ją pod rozcięcie Harrego, zbierając krew do środka.
Pokuśtykał do kociołka z krwią Harrego. Wlał ją do środka. Płyn natychmiast zmienił kolor na oślepiającą biel. Glizdogon, który zrobił już swoją robotę, osunął się na kolana obok kociołka, a potem bezwładnie upadł i leżał tak na ziemi, jęcząc i szlochając.

Kocioł lśnił i wysyłał diamentowe iskry we wszystkich kierunkach, tak jasne, że cmentarz dookoła pogrążył się w nieprzeniknionej ciemności. Nic się nie działo... 
I wtedy, całkowicie nagle, iskry wylatujące z kociołka nagle zniknęły. Zamiast nich z kociołka unosił się teraz strumień gęstego dymu, otaczając cmentarz tak, że nie widzieli już ani Harrego, ani Glizdogona, ani Cedrika, w ogóle niczego prócz mgły wiszącej w powietrzu... 
Przez mgłę zobaczyli czarną sylwetkę mężczyzny, wysokiego i przeraźliwie chudego, wolno wstającego z wnętrza kociołka.  
- Ubierz mnie - powiedział wysokim, zimnym głosem zza dymu, a Glizdogon, ciągle jęcząc i szlochając, ciągle owijając kikut ręki swoim rękawem, pochylił się, by podnieść z ziemi czarne szaty; potem wstał i jedną ręką włożył ubranie przez głowę swojego pana.
Chudy mężczyzna wyszedł z kociołka, patrząc się prosto na Harrego... a Harry spojrzał na twarz, której widok nawiedzał go w nocnych koszmarach od przeszło trzech lat. Z twarzą bielszą od kości, z szeroko otwartymi, czewonymi oczami i nosem płaskim jak u węża, ze szparami zamiast nozdrzy...

Lord Voldemort znowu powstał.
-Voldemort...- szepnęła cicho czternastoletnia Aśka, a w jej oczach pojawiły się ogniki złości
Voldemort przeniósł wzrok z Harrego na swoje nowe ciało. Jego dłonie były jak ogromne, blade pająki; długie, białe palce wolno przejechały po klatce piersiowej, ramionach, twarzy; czerwone oczy, ze źrenicami w kształcie podłużnych szparek, jak u kota, ciągle intensywnie błyszczały w ciemnościach. Podniósł ręce i rozciągnął palce, z rozradowanym, pełnym głębokiej zadumy wyrazem twarzy. Nie zwracał najmniejszej uwagi na Glizdogona, który leżał na ziemi, zwijąjąc się i krwawiąc, ani na gigantycznego węża, który znowu pojawił się w polu widzenia i zaczął zataczać koła wokół Harrego, przeraźliwie sycząc. Voldemort włożył jedną ze swoich nienaturalnie długich dłoni do głebokiej kieszeni szaty i wyciągnął z niej różdżkę. Ja też delikatnie pieścił palcami; po chwili podniósł ją i wskazał nią Glizdogona, który został uniesiony nad ziemię i rzucony obok nagrobka, do którego przywiązano Harrego. Upadł on u stóp pomnika i leżał tam, kurcząc się i płacząc. Voldemort spojrzał swoimi czerwonymi oczami na Harrego i zaniósł się wysokim, zimnym, zupełnie pozbawionym wesołości, śmiechem.
Szaty Glizdogona lśniły od krwi; owinął w nie to, co zostało z jego ramienia.
-Mój panie... - wykrztusił wreszcie -Mój panie... obiecałeś... 
-Wyciągnij rękę - powiedział Voldemort leniwie
-Och, panie... dziękuję ci, panie...
Wyciągnął krwawiący kikut, ale Voldemort zaśmiał się znowu.

-Drugą rękę, Glizdogon.
-Panie, błagam... błagam...
Voldemort pochylił się i przysunął do siebie lewe ramię Glizdogona; podciągnął jego szaty powyżej łokcia i Harry zobaczył tam coś na skórze, coś jak wściekle czerwony tatuaż - czaszkę z wężem wychodzącym z jej ust
- Mroczny Znak.

Voldemort przyjrzał mu się uważnie, zupełnie ignorując niekontrolowane spazmy Glizdogona.
-To wróciło - powiedział miękko - Wszyscy zauważą... teraz zobaczymy... teraz się przekonamy...
Przycisnął swój długi, biały palec wskazujący do znaku na ramieniu Glizdogona, a ten głośno zawył.

Voldemort zdjął palec ze znaku, który stał się teraz kruczoczarny.
 Z wyrazem okrutnej satysfakcji na twarzy, Voldemort wyprostował się i rozejrzał się po ciemnym cmentarzysku.
-Ilu z nich będzie wystarczająco odważnych, żeby powrócić, kiedy go poczują? - wyszeptał, przyglądając się gwiazdom swoimi błyszczącymi, czerwonymi oczami - Ilu będzie dostatecznie głupich, żeby zostać?
Zaczął spacerować wzdłuż Harrego i Glizdogona, cały czas zerkając na cmentarz. Po około minucie spojrzał znowu na Harrego, z okrutnym uśmiechem plątającym się na jego przypominającej węża twarzy.
-Stoisz teraz, Harry Potterze, na szczątkach mojego ojca - syknął miękko - Mugola i głupca... zupełnie jak twoja słodka mamusia. Ale oboje okazali się użyteczni, nieprawdaż? Twoja matka zginęła, by obronić cię jako dziecko... a ja zabiłem swojego ojca, i zobacz, jak przydał mi się, już po śmierci...
Voldemort znowu się zaśmiał. Przechadzał się teraz w tę i z powrotem, rozglądając się dookoła, podczas gdy wąż dalej zataczał koła na trawie.
-Widzisz ten dom na wzgórzu, Potter? Mój ojciec tam mieszkał. Moja matka, czarownica, która żyła w tej wiosce, zakochała się w nim. Ale on opuścił ją, kiedy powiedziała mu, czym była... nie lubił magii, mój ojciec...
Opuścił ją i wrócił do swoich mugolskich rodziców, zanim ja się jeszcze urodziłem, Potter. Ona umarła przy porodzie, a mnie oddano do mugolskiego sierocińca... ale ja go odnalazłem... zemściłem się na nim, na tym głupcu, który dał mi swoje nazwisko... Tom Riddle...
Ciągle spacerował, przenosząc wzrok od grobu do grobu.
- Słuchaj mnie, ukazuję ci historię rodziny... -powiedział cicho -Stałem się całkiem sentymentalny... ale spójrz, Harry! Moja prawdziwa rodzina powraca... 

Powietrze nagle zadrżało do świstu peleryn. Między grobami, za wysokim drzewem, w każdym pogrążonym w cieniu miejscu, aportowali się czarodzieje. Wszyscy mieli maski i kaptury na głowach. Jeden po drugim zaczęli podchodzić bliżej... wolno, ostrożnie, jak gdyby z trudem wierzyli własnym oczom. Voldemort stał w ciszy, czekał na nich. Wtedy jeden ze Śmierciożerców upadł na kolana, przyczołgał się do Voldemorta i pocałował skraj jego czarnej szaty. 
-Panie... panie... -mruczał       
Pozostali zrobili to samo; każdy podchodził do Voldemorta na kolanach, całował jego szatę i cofał się; wszyscy utworzyli okrąg dookoła grobu Toma Riddle'a, z Harrym, Voldemortem i szlochającym Glizdogonem w środku. W okręgu widniały przerwy, jakby pozostawione dla nieobecnych czarodziejów. Voldemort jednak zdawał się nie oczekiwać więcej. Rozejrzał się po zamaskowanych postaciach i, choć nie było wiatru, z okręgu dochodził szmer, jakby wszyscy drżeli.
-Witam, Śmierciożercy - powiedział cicho Voldemort -Trzynaście lat... trzynaście lat minęło odkąd spotkaliśmy się tak ostatnim razem. Mimo to odpowiedzieliście na moje wezwanie, jakby to było wczoraj... a więc nadal jesteśmy zjednoczeni pod Mrocznym Znakiem! Czy może nie?
-Wyczuwam winę -powiedział -w powietrzu unosi się zapach winy.
Przez okrąg przeleciała kolejna fala drgań, jakby każdy jego członek marzył, żeby się z niego wycofać, ale nie śmiał tego uczynić.
-Widzę was wszystkich, całych i zdrowych, ze wszelkimi mocami... i pytam sam siebie... dlaczego nikt z tej bandy czarodziejów nigdy nie wrócił, by pomóc swojemu panu, któremu przysięgali dozgonną wierność?

Nikt się nie odezwał. Nikt prócz Glizdogona, który ciągle leżał na ziemi, szlochając nad swoim krwawiącym ramieniem.
-I sam sobie odpowiadam -ciągnął Voldemort szeptem -Musieli wierzyć, że upadłem, myśleć, że zginąłem. Wślizgnęli się między moich wrogów, udawali niewinność, niewiedzę, zaskoczenie...
A teraz zadaję sobie następne pytanie: jak mogli nie wierzyć, że znowu powstanę? Oni, którzy wiedzieli, jakie podjąłem kroki, by ochronić się przed śmiercią? Oni, którzy widzieli dowody mojej mocy, w czasach, kiedy byłem potężniejszy od jakiegokolwiek żyjącego czarodzieja? I znowu sobie odpowiadam: może wierzyli, że nadal istnieją potężniejsze siły, takie, które mogą pokonać nawet Lorda Voldemorta... może teraz służą komuś innemu... może temu obrońcy ludu, szlam i Mugoli, Albusowi Dambledorowi? 
Na wspomnienie nazwiska Dambledora, członkowie okręgu skurczyli się, niektórzy mruczeli coś pod nosem i potrząsali głowami.
Voldemort zignorował ich.
-Jestem bardzo zawiedziony... 
Nagle jeden z mężczyzn wyłamał się z okręgu i padł do przodu na twarz. Drżąc od stóp do głów, ukląkł przed stopami Voldemorta.
-Panie! -zawołał -Panie, przebacz mi! Przebacz nam wszystkim! 

Voldemort zaśmiał się. Podniósł swoją różdżkę.
-Crucio! 
Sługa leżący na ziemi zwinął się i krzyknął.
Voldemort podniósł różdżkę. Torturowany Śmierciożerca leżał płasko na ziemi, ciężko dysząc.
-Wstań, Avery -powiedział Voldemort miękko -Wstawaj. Prosiłeś o przebaczenie? Ja nie przebaczam. Ja nie zapominam. Trzynaście długich lat... Żądam trzynastu lat zadośćuczynienia, zanim wam wybaczę. Glizdogon już spłacił część swojego długu, prawda?
Spojrzał na Glizdogona, który dalej szlochał na ziemi. 
-Wróciłeś do mnie, nie z wierności, ale ze strachu przed swoimi starymi przyjaciółmi. Zasługujesz na ten ból, Glizdogon. Wiesz o tym, nieprawdaż?
-Tak, panie -jęknął Glizdogon -Proszę, panie... błagam...
-Jednak pomogłeś mi wrócić do mojego ciała -ciągnął Voldemort lodowatym tonem, przyglądając się Glizdogonowi zwijającemu się na ziemi -Bezużyteczny i zdradziecki, jednak mi pomogłeś... a Lord Voldemort nagradza tych, który mu pomagają...

Voldemort znowu podniósł swoją różdżkę i zatoczył nią koło w powietrzu. Strumień jakby stopionego srebra wyłonił się z koniuszka jego różdżki. Przez kilka sekund bezkształtny, po chwili uformował się w lśniącą kopię ludzkiej dłoni, błyszczącą w świetle księżyca, która poleciała w dół i zatrzymała się na krwawiącym nadgarstku Glizdogona.
Glizdogon natychmiast przestał szlochać. Ciężko i szybko oddychając, podniósł głowę i spojrzał z niedowierzaniem na swoją srebrną dłoń, teraz dokładnie dopasowaną do ramienia; wyglądała, jakby nosił błyszczącą rękawiczkę. Wyciągnął swoje srebrne palce, a potem, cały czas drżąc, podniósł grudkę ziemi i zgniótł ją na proszek.
-Panie... - wyszpetał -Panie... jest piękna... dziękuję... dziękuję...
Przysunął się na kolanach i pocałował skrawek szaty Voldemorta.
-Niech twoja wierność nigdy nie osłabnie -powiedział Voldemort
-Nie, mój panie... nigdy, mój panie...

Glizdogon wstał i zajął miejsce w okręgu, przyglądając się swojej nowej, silnej dłoni, z twarzą lśniącą od łez. Teraz Voldemort podszedł do mężczyzny po prawej stronie Glizdogona.
-Lucjuszu, mój drogi przyjacielu -wyszeptał, pochylając się nad nim -Słyszałem, że nie wyrzekłeś się zupełnie starego życia, choć przedstawiasz światu grzeczniejszą twarz. Wierzę, że ciągle jesteś gotów objąć przewodnictwo w torturach Mugoli, prawda? Choć nigdy nie próbowałeś mnie znaleźć, Lucjuszu... twoje przedstawienie na mistrzostwach świata było zabawne, nie powiem... Ale może twój nadmiar energii powinien być skierowany w próby znalezienia i pomocy swojemu panu?
-Panie, przez cały czas czuwałem -spod kaptura rozległ się głos Lucjusza Malfoya -Gdyby tylko jakiś znak od pana, choćby szept, natychmiast bym się zjawił, nic by mnie nie powstrzymało...
-Ale uciekłeś przed Mrocznym Znakiem, kiedy mój wierny sługa wysłał go w powietrze rok temu?- powiedział leniwie Voldemort, a pan Malfoy natychmiast zamilkł -Tak, wiem o tym, Lucjuszu... Zawiodłeś mnie... Oczekuję wierniejszej służby w przyszłości.

-Oczywiście, mój panie, oczywiście... jest pan bardzo łaskawy, dziękuję...    
Voldemort ruszył dalej i nagle zatrzymał się, spoglądając na przestrzeń -wystarczającą dla dwóch osób -oddzielającą Malfoya od następnego mężczyzny.
-Powinni tu stać Lestrangesowie -powiedział Voldemort cicho- Ale oni są uwięzieni w Azkabanie. Oni byli wierni. Woleli pójść do Azkabanu niż się mnie wyrzec... Kiedy bramy Azkabanu zostaną otwarte, Lestrangesowie zostaną wyniesieni ponad ich najśmielsze marzenia. Dołączą do nas Dementorzy... Są naszymi naturalnymi sojusznikami... Przywołamy wygnane olbrzymy... Wszyscy moi oddani słudzy powrócą do mnie, wraz z armią stworzeń, których wszyscy się boją...
Przeszedł dalej. Niektórych mijał w ciszy, nad innymi zatrzymywał się i odzywał do nich.
-Macnair... teraz zabijasz niebezpieczne bestie dla Ministerstwa Magii, Glizdogon mi powiedział? Niedługo będziesz miał znacznie lepsze ofiary, zapewniam cię, Macnair. Lord Voldemort ci ich dostarczy...

-Dziękuję, panie... dziękuję -mruknął Macnair
-A tutaj kto... -Voldemort podszedł do dwóch największych, zakapturzonych postaci -Crabbe, tym razem postarasz się lepiej, prawda, Crabbe? A ty, Goyle? 
Obaj skłonili się niezdarnie, mrucząc beznamiętnie:
-Tak, panie...
-To samo dotyczy ciebie, Nott -dodał Voldemort cicho, kiedy zatrzymał się przy postaci ukrytej w cieniu pana Goyla.
-Panie, padam przed tobą na twarz, jestem najwierniejszym...
-Wystarczy -uciął Voldemort

Młodsza Aśka, Sławek, Ron i Hermiona przyglądali się temu z zaciekawieniem. Szesnastoletnia Aśka i Harry nie byli zachwyceni ponownym oglądaniem tego zdarzenia. Harry pamiętał ból blizny jakby to było wczoraj. Takiego przeżycia nie da się nigdy zapomnieć.
Aśka również pamiętała swój ból, który miał nastąpić we wspomnieniu za chwilę.
Tymczasem Voldemort dotarł do największej przerwy w okręgu i stanął, przyglądając się jej swoimi czerwonymi oczami, jakby mógł widzieć stojących tam ludzi. 
-A tu brakuje sześciu sług... Trzech zginęło w mojej służbie. Jeden, zbyt przerażony, by wrócić... on zapłaci. Jeden, który, jak sądzę, opuścił mnie na zawsze... on oczywiście zginie... i ostatni, mój najwierniejszy sługa, który już wrócił do służby.  
Śmierciożercy drgnęli. Zaczęli zerkać na siebie niepewnie spod swoich masek.
-Jest w Hogwarcie, mój wierny sługa, i to dzięki jego wysiłkom nasz młody przyjaciel przybył do nas dziś wieczorem... Tak -mówił Voldemort, z uśmiechem drgającym w kącikach jego bladych, wąskich ust, kiedy wszystkie twarze w okręgu zwróciły się w stronę Harrego -Harry Potter uprzejmie przyłączył się do mojego przyjęcia urodzinowego. Można by go nawet nazwać moim gościem honorowym.
Panowała cisza. Potem mężczyzna po prawej stronie Glizdogona wystąpił krok do przodu i głos Lucjusza Malfoya znowu przemówił spod maski.
-Panie, pragniemy wiedzieć... Błagamy, żebyś nam powiedział... Jak to osiągnąłeś... Ten cud... Jak do nas wróciłeś...
-Ach, cóż to za historia, Lucjuszu- powiedział Voldemort- Zaczyna się- i kończy- na moim młodym przyjacielu tutaj.

Leniwie podszedł do Harrego, tak, że wszystkie spojrzenia zwrócone były teraz na ich dwoje. Wąż dalej wił się w trawie. 
-Wiecie, oczywiście, że tego chłopca okrzyknięto moim pogromcą?- powiedział Voldemort miękko, z czerwonymi oczami utkwionymi w Harrym- Wszyscy wiecie, że w noc, kiedy straciłem swoje moce i ciało, próbowałem zabić tego chłopca. Jego matka zginęła, starając się go ochronić... I tym samym zaopatrzyła go w ochronę, której, przyznaję, nie przewidziałem... Nie mogłem dotknąć chłopca. 
Voldemort podniósł jeden ze swoich długich, białych palców i zatrzymał go bardzo blisko policzka Harrego.
-Jego matka pozostawiła na nim ślady swojego poświęcenia... To stara magia, powinienem był pamiętać, byłem głupcem, że to przeoczyłem... Ale nie ważne. Teraz mogę go dotknąć.
Voldemort zaśmiał mu się cicho do ucha, potem zdjął palec i znowu zwrócił się do swoich sług:
-Przeliczyłem się, moi przyjaciele, przyznaję to. Moja klątwa została zatrzymana przez głupie poświęcenie tej kobiety i odbiła się na mnie. Aaach... ból ponad bóle, moi przyjaciele; nic nie mogło mnie na to przygotować. Zostałem wyrzucony z własnego ciała, byłem mniej niż duszą, mniej niż najsłabszym duchem... Ale ciągle żyłem. Czym byłem, nawet ja nie wiem... Ja, który doszedł dalej niż ktokolwiek wcześniej na ścieżce prowadzącej do nieśmiertelności. Znaliście mój cel - pokonać śmierć. A teraz, jak właśnie się przekonałem, jeden lub więcej z moich eksperymentów okazał się sukcesem... Nie zginąłem, chociaż klątwa powinna była mnie zabić. Byłem jednak tak słaby jak najnędzniejsze stworzenie na ziemi, nie mogłem też sobie pomóc... Nie miałem ciała, a każde zaklęcie, które mogłoby mi pomóc wymagało użycia różdżki... Pamiętam tylko zmuszanie się, bezsennie, bez końca, sekunda po sekundzie, do trwania... zatrzymałem się w odległym miejscu, w lesie, i czekałem... z pewnością jeden z moich wiernych sług będzie próbował mnie znaleźć... jeden z nich przyjdzie i wykona magię, której ja nie mogłem i przywróci mi moje ciało... ale czekałem na próżno... 
Mówił jeszcze coś o Bercie Jorkins z Ministerstwa, czego nie byli w stanie dosłyszeć z tej odległości i podszedł do czternastoletniego Harrego. Nakazał Glizdogonowi, by dał mu różdżkę.
-Nauczyli cię, jak się pojedynkować, Harry Potterze?- zapytał miękko Voldemort, a jego czerwone oczy zabłyszczały w ciemności.
Widzieli jak Voldemort podnosi różdżkę, a Harry zgina się w pasie.
Pojedynek się zaczął od zaklęcia Cruciatus, skierowanego w Harrego.
Hermiona zakryła usta dłonią, a drugą złapała za rękę Harrego.
Voldemort krzyknął ,,Avada Kedavra", a Harry ,,Expelliarmus."
Wiązka zielonego światła wydobyła się z różdżki Voldemorta dokładnie w tej samej chwili, kiedy z różdżki Harrego wystrzeliła wiązka czewonego światła - spotkały się w powietrzu - i nagle różdżka Harrego zaczęła drżeć jakby ktoś podłączył ją do prądu.
Teraz obie różdżki łączył wąski snop światła, ani czerwonego, ani zielonego, ale koloru jasnego, lśniącego złota... 
A wtedy obaj wznieśli się w powietrze z różdżkami ciągle połączonymi tym złotym, błyszczącym światłem. Unieśli się nad mogiłą ojca Voldemorta, by opaść na pustę, pozbawioną grobów polankę... Słudzy Voldemorta krzyczeli, pytali go o instrukcje; zbliżyli się, znowu uformowali okrąg dookoła Harrego i Voldemorta, wąż ślizgał się między ich stopami; niektórzy wyciągnęli różdżki... 
Złoty promień łączący Harrego i Voldemorta rozpadł się; mimo że ich różdżki pozostały złączone, tysiące iskier zatoczyło łuk nad Harrym i Voldemortem, przecinając się w powietrzu dookoła nich, dopóki nie utworzyły złotej sieci w kształcie kopuły, klatki ze światła, poza którą zgromadzili się jak szakale słudzy Voldemorta, których krzyki zostały teraz dziwnie przytłumione... 
-Nic nie róbcie! - zawołał do nich Voldemort- Nie róbcie nic, chyba że wam rozkażę!
I wtedy powietrze wypełnił nieziemski, piękny dźwięk... dochodził z każdego włókna złotej sieci drżącej dookoła Harrego i Voldemorta.
-Pieśń Feniksa... -wyszeptały równocześnie obie Aśki
Nagle ze środka połączenia, zaczęły wypływać świetlne kule.
Jedna z kul przybliżyła się do Harrego, lecz nagle zmieniła kierunek. 
Różdżka Voldemorta natychmiast wydała odbijające się echem okrzyki bólu... a po chwili - na ten widok czerwone oczy Voldemorta rozszerzyły się w szoku - niewyraźna, mglista dłoń wydobyła się z koniuszka różdżki i zniknęła... duch dłoni, którą zrobił on dla Glizdogona... więcej okrzyków bólu... i wtedy coś znacznie większego zaczęło wydostawać się z czubka różdżki, ogromny, szary kształt, zrobiony jakby z gęstego, twardego dymu... to była głowa... teraz klatka piersiowa i ramiona... tors Cedrika Diggoriego. 
Cień Cedrika Diggoriego stanął i spojrzał na złoty promień światła, a potem przemówił:
-Poczekaj chwilę, Harry. 
Jego głos był odległy i nierzeczywisty. 
Więcej okrzyków bólu z różdżki... i wtedy znowu coś wyłoniło się z jej koniuszka... cień kolejnej głowy, a wkrótce za nim ramiona i tors... stary człowiek, którego Harry widział w swoim śnie, teraz wydostawał się z koniuszka różdżki, tak, jak to wcześniej zrobił Cedrik... ten duch lub jego cień, lub cokolwiek to było, stanął obok Cedrika, przyjrzał się złotej sieci, połączonym różdżkom i, z lekkim zaskoczeniem, oparł się o swoją laskę. 
-A więc on był prawdziwym czarodziejem?- powiedział starzec spoglądając na Voldemorta- Zabił mnie... walcz z nim, chłopcze...      
Ale z różdżki wyłaniała się już kolejna głowa...I ta głowa, szara, jak cała mglista postać, należała do kobiety... Harry, z drżącymi rękami, walcząc, by utrzymać swoją różdżkę w jednej pozycji, zobaczył, jak upada na ziemię i podnosi się jak inni...
Cień Berty Jorkins obrzucił spojrzeniem bitwę rozgrywającą się na jej oczach.

-Nie puszczaj teraz!- zawołała, a jej głos odbił się echem tak, jak Cedrika, jakby dochodził z bardzo daleka -Nie pozwól, by cię dopadł, Harry... Nie puszczaj!
Ona i dwie pozostałe postacie zaczęły spacerować we wnętrzu złotej sieci, podczas gdy słudzy Voldemorta na zewnątrz przemykali się dookoła kopuły... Martwe ofiary Voldemorta szpetały, okrążając pojedynkujących się, szeptały słowa otuchy do Harrego i syczały słowa, których Harry nie mógł usłyszeć do Voldemorta.

I wtedy kolejna głowa zaczęła wyłaniać się z koniuszka różdżki Voldemorta... A Harry natychmiast wiedział, kto to będzie... Wiedział, chociaż oczekiwał tego od momentu, kiedy Cedrik pojawił się w powietrzu... Wiedział, ponieważ człowiek właśnie wyłaniający się z różdżki był tym, o którym Harry myślał dziś więcej, niż o kimkolwiek innym...
Mglisty cień wysokiego mężczyzny z niesfornymi włosami upadł na ziemię tak jak Berta Jorkins, wyprostował się i utkwił wzrok w Harrym... A Harry, teraz z wściekle drżącymi rękami, spojrzał na twarz swojego ojca... 

-Twoja matka już idzie...- powiedział cicho- Chce cię zobaczyć... Będzie dobrze... Poczekaj...
I wtedy przyszła... Najpierw jej głowa, potem ciało... Młoda kobieta z długimi włosami, mglisty cień Lily Potter, wydobył się z różdżki Voldemorta, spadł na ziemię i wyprostował się zupełnie jak jej mąż. Podeszła blisko do Harrego i odezwała się tym samym odległym głosem, ale tak cicho, że Voldemort, teraz z twarzą wykrzywioną strachem, otoczony swoimi ofiarami, nie mógł jej usłyszeć.

-Kiedy połączenie zostanie przerwane, zostaniemy tylko na parę sekund.... Ale damy ci czas... Musisz dostać się do pucharu, wrócisz do Hogwartu... Rozumiesz, Harry?          
-Tak- wydusił Harry
Młodsza Aśka przyglądała się duchom z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Również ta starsza patrzyła na nich tak jakoś dziwnie.
-Harry... -szepnął cień Cedrika- Zabierzesz z powrotem moje ciało, dobrze? Zabierz ciało dla moich rodziców...
-Zabiorę- powiedział Harry

-Zrób to teraz- szepnął głos jego ojca- Bądź gotów do biegu... zrób to teraz...
- JUŻ!- ryknął Harry
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Harry podniósł różdżkę i złota wiązka została przerwana; klatka ze światła zniknęła, pieść feniksa umarła... ale mgliste cienie ofiar Voldemorta pozostały... dokładnie otoczyły Voldemorta, osłaniając Harrego przed jego spojrzeniem...
Młody Potter dobiegł do ciała Cedrika i wskazując na puchar krzyknął:
-Accio!
Po chwili na fałszywym cmentarzu nie było już ani Harrego, ani ciała Cedrika, ani pucharu.
-WY DURNIE!!!- krzyknął Tom Riddle
Podszedł do przypadkowego Śmierciożercy i zaczął go torturować.
-ZNOWU MI UCIEKŁ!!!
Młodsza Aśka wstała i pociągnęła za sobą Sławka.
Sceneria się zmieniła.
Hermiona pamiętała to miejsce z wcześniejszych "odwiedzin" we wspomnieniu Aśki.
Byli na skraju lasu. Czarne chmury przysłaniały księżyc.
Nagle z lasu wybiegła Aśka, a za nią Sławek.
-Oliwia! Michał!- krzyknęła nadal biegnąc
Dziewczyna bardzo podobna do Aśki i brązowooki blondyn odwrócili się na dźwięk swoich imion.
-Aśka! Co się stało? Co TU robi Mroczny Znak?-dopytywała się Oliwia
Sławek nie mógł złapać oddechu po biegu, ale za to Aśka wyglądała, jakby w ogóle nie robiła nic, co doprowadziłoby ją do wysiłku.
-ON powrócił.- powiedziała opanowana
-Jak to? Przecież to niemożliwe!- Michał nie krył zdziwienia
-Trzynaście lat temu zabił go Harry Potter.- Oliwia również nie wierzyła w słowa przyjaciółki
-Czy mam wam przypominać, że nie zabił go do końca? A Horkruksy?- Aśka wciąż była opanowana
-No dobrze, ale jak to się stało?
-Puchar Turnieju Trójmagicznego musiał być Świstoklikiem.- wydyszał Sławek
-A później Glizdogon odprawił jakiś rytuał, który przywrócił mu życie.- dokończyła Aśka
-Świetnie. Coś jeszcze?- powiedziała Oliwia
-Zabił jednego z uczestników i stworzył fałszywy cmentarz na polanie w lesie.
-Wolałam nie pytać.
Zza pobliskiego domu wyłoniły się trzy postacie: Magda, Marcin i Tomek.
-Co się stało?- zapytali jednocześnie
-Voldemort powrócił- odpowiedziały również jednocześnie Aśka i Oliwia
-Jak to?- zapytał Tomek
-Naprawdę chcecie tracić czas na opowieści, czy pójdziemy do lasu i coś z tym zrobimy?- Aśka była zdeterminowana
Obraz rozmył się ponownie. Gdy stał się wyraźny, Harry, Ron, Hermiona i starsza Aśka, znaleźli się na polanie, na której toczyła się walka.
Polacy w ogóle nie wypowiadali zaklęć i czasami kolorowe światła wystrzeliwały z ich dłoni. Bardzo zdziwiło to Złotą Trójkę Hogwartu.
Podczas całego  zamieszania zobaczyli walczącą Aśkę.
Dookoła niej stało przynajmniej sześciu Śmierciożerców i każdy z nich rzucił na nią w tym samym czasie zaklęcie- Drędwota.
Aśka opuściła prawą rękę, w której miała różdżkę, a podniosła lewą z otworzoną dłonią ku górze. Wtedy dookoła niej pojawiła się błyszcząca bańka, która odbiła zaklęcia i uderzyła w napastników.
-No, no. Świetne, wręcz perfekcyjne wykonanie.- usłyszeli zimny głos za sobą
Aśka odwróciła się gwałtownie.
-Niepotrzebna mi twoja opinia.- wysyczała
-Jak zawsze odważna.
-Co ty niby o mnie wiesz?
-Zdziwiłabyś się ile można dowiedzieć się nie mając ciała.
-Chronią nas najsilniejsze zaklęcia i Strażnicy.
-Akurat ze Strażnikami nie miałem problemu. Później wystarczyło tylko sprawdzić ich umysł i rzucić odpowiednie zaklęcia.
Pierwsza zaatakowała Aśka. Nie wypowiedziała zaklęcia na głos, ale z jej różdżki wystrzelił jaskrawy, żółty promień. Voldemort miał problem z odbiciem tego zaklęcia, ale mu się to udało. Promień trafił w drzewo, które natychmiast zmieniło się w kamień.
-Nie radziłbym ci robić tego więcej.
-I niby ja mam słuchać TWOICH rad?
-Tak, ponieważ mam coś co może cię zainteresować.
Tom Riddle odsunął się odsłaniając związaną dziewczynę.
-Oliwia...- wyszeptała i opuściła różdżkę
Nagle coś powaliło ją na ziemię i związało bardzo mocno. Był to Lucjusz Malfoy.
-Jesteś strasznie naiwna.- wysyczał Voldemort, a związana "Oliwia" rozpłynęła się w powietrzu
-Ty...- w oczach Aśki pojawił się dziwny i jakby złoty błysk, ale natychmiast zniknął
-Passo*.- Riddle wypowiedział zaklęcie i Aśka jęknęła z bólu
Zacisnęła jednak zęby i z jej ust nie wydobył się już żaden dźwięk.
-Boli, prawda? Znalazłem to zaklęcie specjalnie dla ciebie.
Dziewczyna podniosła wzrok i spojrzała w jego czerwone oczy. Wtedy nie wiedzieć czemu mina mu zrzedła i ponownie powiedział:
-Passo!- tym razem głośniej
Było widać, że Aśka bardzo cierpi.
-Passo!- kolejna fala bólu, tym razem Voldemort kopnął ją jeszcze kilka razy z całej siły w brzuch
Z ust dziewczyny nie wydobył się żaden dźwięk. Zamiast niego wypłynęła z nich szkarłatna krew.
-Muszę przyznać, że jesteś niebywale silna. Strażnicy pod koniec pierwszego, na początku drugiego słabego zaklęcia padali jak muchy, a ty?
Brązowowłosa ponownie podniosła wzrok.
-Nie zostawiasz mi więc wyboru. Homicidi**.
Zabójcze zaklęcie trafiło w klatkę piersiową Asi, ale nie zabiło jej.
Voldemort wściekł się. Wyjął z kieszeni któregoś z walczących Śmierciożerców sztylet i wbił go w brzuch dziewczyny. Jej oczy w jednej chwili straciły blask i kolor. Nie były już brązowe, lecz szare. Po sekundzie zamknęły się. W oddali szesnastolatkowie usłyszeli tylko czyjś przytłumiony krzyk:
-Nieee!!!
Wszystko zniknęło. Nie widzieli nic poza sobą i czernią.
-To moje wspomnienie i nie wiem co było zanim się ocknęłam, więc nie mogę wam tego pokazać. Chodźcie za mną.
Czwórka uczniów skierowała się w stronę nikłego światełka, które pojawiło się przed chwilą.
Byli na tej samej polanie, ale teraz nie było tam nikogo, oprócz ciała Aśki.
Z nieba zaczęły spadać gwiazdy.
Brązowowłosa ocknęła się nagle i zaczęła ciężko dyszeć. Na jej bluzce i twarzy nie było ani śladu krwi i nie była już związana. Wstała i rozejrzała się.
Sześć gwiazd okrążyło ją, a po chwili gwiazdy zmieniły się w ludzkie sylwetki. Dwie z nich były zamazane i nie można było się im przyjrzeć.
Oprócz tych dwóch postaci, stała tam jeszcze wysoka kobieta z długimi włosami i podobnymi do Aśki rysami twarzy. Obok niej stał mężczyzna i uśmiechał się do brązowowłosej.
-Mama... Tato...- wyszeptała, a świetliste postacie kiwnęły głowami
Z oczu dziewczyny zaczęły spływać łzy.
Kobieta podeszła do niej i podniosła delikatnie jej podbródek.
-Nie płacz kochanie.- powiedziała melodyjnym głosem
-Ale... jak?
-To dzięki tobie.- podszedł do niej mężczyzna i położył dłoń na jej ramieniu
-Jak to?
-Pamiętasz, jak opowiadałam ci opowieść o dziewczynce, która miała moc większą od innych i wskazywała właściwą drogę duszom błądzącym pomiędzy życiem, a śmiercią?- zaczęła, a gdy Aśka pokiwała głową kontynuowała- Opowiedziałam ci również, że istnieje przepowiednia, która głosi, że dziewczynka narodzi się przed wybrańcem, w dniu, w którym urodzi się Trzecia Czarodziejka Gryffindoru i obie będą miały podobne moce. Ty jesteś tą dziewczynką.
-Co?
-Dimidium ad mortem. Masz moc półśmierci.
-Nie wiem nic o żadnych mocach.
-Ponieważ te moce mogły uaktywnić się tylko w dniu okrutnej śmierci dziewczynki, gdy słońce wschodzi, a księżyc zachodzi, lub odwrotnie.
-To znaczy, że nie mam jeszcze tych mocy.
-Tak, ale zaczyna już świtać. Musimy się pośpieszyć.- powiedział ojciec Asi
-Jest tu jeszcze ktoś, kto chce z tobą porozmawiać.
Aśka odwróciła się twarzom do dwóch następnych postaci. Złota Trójka Hogwartu, a w szczególności Harry, byli w szoku. Stali tam Lili i James Potter.
-Co wy tu robicie?- zapytała
-Wiemy, że Dambledor niedługo cię odnajdzie i zabierze do szkoły- zaczęła Lili- i chcemy cię prosić żebyś w odpowiednim momencie przekazała to Harremu.
Kobieta podała jej kopertę.
-Zajmij się nim.- dodał James
-Dobrze.- zgodziła się
Podeszła jeszcze do zamazanych postaci, ale nie było słychać o czym rozmawiają.
-Pamiętaj, że zawsze będziemy przy tobie.- powiedziała kobieta i przytuliła córkę i ucałowała jej czoło
-Mam coś dla ciebie.- ojciec wyjął z kieszeni srebrny medalion w kształcie serca z wygrawerowaną niewielką różyczką po prawej stronie i zawiesił go na szyi jedynej córki, po czym również ją przytulił i pocałował w czoło
Wtedy postacie zniknęły, tak samo jak gwiazdy na niebie.
Promienie słońca zbliżały się ku niej z jednej strony lasu, a z drugiej przedzierały się przez drzewa promienie księżyca. W miejscu, w którym stała Aśka zderzyły się.
Gdy opadły, Aśka miała już złote oczy i rozpuszczone srebrno- złote włosy. Jednak nie miała na sobie tych ubrań co wcześniej. Ich miejsce zastąpiła granatowa suknia do ziemi z bogatymi zdobieniami, a na jej głowie lśnił srebrny diadem.
*****
*łac.- passus- cierpienie
**łac.- homicidium- zabójstwo  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz